czwartek, 19 lipca 2012

Dlaczego magister podaje hamburgery?

Pewnie nie raz słyszeliście narzekania na obrzydliwą rzeczywistość, w której magister podaje hamburgery w McDonald’s? Niestety, ukończenie nawet „renomowanej”, wyższej uczelni nie gwarantuje już znalezienia dobrej pracy.

Mamy dla Was artykuł podsumowujący tę sytuację, napisany przez Marka Babbitta. Jest on CEO YouTern, która zajmuje się wyszukiwaniem najlepszych młodych talentów dla wiodących organizacji.


  • college degree - dyplom wyższej uczelni
  • case in point - dobry, trafny przykład
  • despite - wbrew (czemuś), pomimo czegoś
  • contrary - przeciwny, sprzeczny
  • graduate - ukończyć studia wyższe, szkołę
  • dead wrong - śmiertelnie się mylić
  • one-third - jedna trzecia
  • temporary contract - umowa tymczasowa
  • part-time employment - zatrudnienie na niepełnym etacie
  • denial - negacja, zaprzeczenie
  • defy  - opierać się, ignorować, wyzywać
  • odds  - szanse, prawdopodobieństwo
  • mindset - sposób myślenia, nastawienie
  • assuming - zakładać, przyjmować
  • ultimately - ostatecznie, docelowo
  • embrace - przyjmować, obejmować, zawierać

Słówka możesz pobrać na dwa sposoby:
  1. Jeżeli masz zainstalowaną najnowszą aktualizację programu Voowl, wejdź w menu> testy do pobrania i wybierz katalog „Słówka z bloga” i test „no job after college”;
  2. Wejdź w menu > pobierz swój test i wpisz kod: gw132

Na pierwszy rzut oka, jest to absurdalny stan rzeczy. Po paru latach nauki, zamiast pracować na dobrze płatnym stanowisku, absolwenci muszą męczyć się pracą kelnera w restauracjach lub na bezpłatnych praktykach. Dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy? Odpowiedzią jest ekonomia. Pomyślcie sobie, jaki procent „młodzieży” studiował np. 30 lat temu? Na pewno mniejszy niż dzisiaj. Dzięki publicznej, „darmowej” edukacji, prawie każdy młody człowiek kończy jakąś uczelnię. Efekt? Zdecydowana większość kandydatów do pracy posiada taki dyplom, więc jego wartość w oczach potencjalnych pracodawców jest niższa niż 30 lat temu. Dyplom nie stanowi już przewagi nad konkurentami, lecz jest warunkiem niezbędnym, żeby być rozpatrywanym jako kandydat. 


Od początków lat 40tych XIX wieku zaczęto prowadzić kampanię na rzecz zastąpienia w większości prywatnego i płatnego systemu edukacji, systemem szkół „bezpłatnych”, w których koszty utrzymania placówki pokrywane są nie bezpośrednio przez rodziców a z podatków. Według zajmującego się tą tematyką E.G. Westa, kampania ta nie była zapoczątkowana przez, jakby się mogło wydawać, niezadowolonych, zdesperowanych rodziców, a co ciekawe, „głównie przez nauczycieli i urzędników państwowych”. Głównym orędownikiem „bezpłatnego” szkolnictwa był Horace Mann, tzw. „ojciec amerykańskiej oświaty publicznej”, który w taki sposób argumentował swoje poglądy: „oświata jest dobrą inwestycją publiczną i przyczynia się do wzrostu produkcji”. Argumenty wydają się przekonujące, natomiast po bliższej analizie można mieć pewne wątpliwości. Po pierwsze, przy „inwestowaniu” zawsze należy uważać, aby nie „przeinwestować”. Gdy inwestujemy prywatnie, ze swoich pieniędzy, to samodzielnie oceniamy, jaka relacja korzyści do ich ceny nas interesuje. Natomiast gdy inwestuje rząd to nie ma on skłonności do badania tej relacji, do oszczędzania i przewidywania zwrotu z inwestycji,  a ponadto znaczna część przekazywanych na określony cel pieniędzy zawierusza się gdzieś po drodze. Dyskusyjny wydaje się też pogląd, że edukacja zwiększa produkcję. Oczywiście, wysoko wykwalifikowani specjaliści naturalnie przyczyniają się do większej efektywności, natomiast czy rolnik, który ukończył szkołę średnią jest lepszym rolnikiem od tego, który jej nie ukończył? Czytać, pisać i rachować mógłby nauczyć się przecież w domu lub w szkole, do której zapisaliby go rodzice. Wiedza, jako taka, jest pewną wartością, lecz nie zawsze przyczynia się ona do „zwiększenia produkcji”. Czy produkcję może zwiększyć system edukacji, w którym uczeń pierwszej klasy gimnazjum musi wyryć z podręcznika informacje o pantofelku 
„który pobiera pokarm za pośrednictwem błony komórkowej, a następnie trawi go w wodniczkach pokarmowych. W komórce pantofelka są również wodniczki tętniące służące do wydalania nadmiaru wody. Znajdują się tam również dwa jądra. Większe kontroluje wszystkie procesy zachodzące w cytoplazmie, mniejsze uczestniczy w procesie płciowym. Pierwotniaki to jednokomórkowe, cudzożywne protisty...”? 
 Problemem, który wynika wprost z centralizacji szkolnictwa, jest utrata władztwa rodziców nad programem nauczania, który staje się kompetencją władz centralnych. W szkołach prywatnych, które były wyborem opiekunów, program nauczania i nauczyciele byli dostosowani do miejscowych potrzeb. Wydaje się bowiem mało prawdopodobne, żeby na terenach rolniczych przyszło komuś do głowy nauczać nawigacji morskiej lub innych równie przydatnych przedmiotów. Dlaczego nikomu nie przyszłoby to do głowy? Gdyby program nauczania nie był przystosowany do oczekiwań rodziców, to w warunkach wolnego rynku powstałaby obok inna szkoła, lepiej przystosowana, lepiej spełniająca oczekiwania swoich klientów, która wygrałaby konkurencję z pierwszą szkołą. Przejęcie władztwa nad edukacją przez urzędników oznacza zunifikowanie programu nauczania dla wszystkich. Nie ważne, czy ktoś mieszka na Alasce czy w Teksasie. Nie ważne jest również, jakie poglądy społeczne i polityczne mają rodzice. To urzędnicy arbitralnie decydują, które książki powinno się czytać, i które idee są warte uwagi.
Według Waltera Lippmanna publiczne szkolnictwo cierpi na podobną chorobę co wiele innych programów rządowych, a mianowicie 
„chorobę społeczeństwa przeregulowanego”, która polega na odejściu od „starej wiary (…) głoszącej, że nieograniczona władza sprawowana przez ludzi ograniczonych i pełnych uprzedzeń staje się szybko represyjna, reakcyjna i skorumpowana (…), że pierwszym warunkiem postępu jest ograniczenie władzy, odpowiednio do zdolności i cnot rządzących” i przejściu do nowej wiary twierdzącej „że nie istnieją granice ludzkich umiejętności rządzenia innymi, w związku z czym nie należy nakładać na rząd ograniczeń”.
Choroba unifikacji programu nauczania jest szczególnie dotkliwa właśnie dla studentów. To urzędnicy decydują, czego należy się uczyć i jak sami pewnie zauważyliście, nie jest to przeważnie wiedza ceniona przez pracodawców. A wy, niestety, nie możecie wybrać szkoły czy uczelni, która oferuje inny rodzaj wiedzy - nawet prywatne uczelnie mają określony program, który muszą realizować. Uczycie się więc w zasadzie tego samego co Wasi konkurenci na podobnych kierunkach na innej uczelni. Studiowanie stało się „obowiązkiem”, bez niego ciężej jest znaleźć pracę. Natomiast, nastawienie, że sama edukacja zapewni nam pracę to zdecydowana pomyłka, a pedagodzy czy profesorowie tak uważający albo specjalnie, albo przez niewiedzę o rynku pracy, wprowadzają studentów w błąd.

Jeżeli jesteście zainteresowani dłuższą analizą publicznego systemu edukacji, polecam wam książkę „Wolny wybór” Miltona Friedmana. Jest to bardzo interesująca pozycja wolnorynkowego ekonomisty, laureata nagrody Nobla. Autor porusza w niej wiele ciekawych zagadnień m.in. właśnie problem edukacji.

Jeżeli macie własne zdanie na ten temat, to z niecierpliwością czekamy na Wasze komentarze.
W przypadku dużego zainteresowania możemy nawet pokusić się o przeprowadzenie debaty/seminarium na ten temat :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz